Północ kraju
Spacerkiem dochodzimy do centrum przygranicznego La Quiaca, wypłacamy pesos i kupujemy bilety do Humahuaca za 200ARS(17zł). Przed odjazdem autobusu robimy rekonesans odnośnie cen jedzenia i bardzo nam przypadają do gustu. Słaba argentyńska waluta to dla nas okazja do podniesienia standardu w naszych podróżach. Na początek kupujemy 2 piwka po 30ARS (2,70zł), miła odmiana po boliwijskich prawie 12 zł za butelkę.
W miejscowości Humahuaca zamawiamy tylko chwilę, a w zasadzie tylko tu śpimy. Rano uciekamy dalej na południe.
Docieramy do malowniczo położonego miasteczka Purmamarca, w rejonie Jujuy. Bilet autobusowy kosztuje 105ARS(9zł).
To typowo turystyczne miasteczko z niską zabudową otoczone różnobarwnymi skałami. Nocleg znajdujemy po 10 minutach w hostelu EL PORO, za dwójkę ze śniadaniem płacimy 800ARS(67zł). Miasteczko w 2003r. wpisane zostało na listę UNESCO. Jego centralna cześć tętni życiem od rana do wieczora. Oprócz wyjątkowego położenia, przyciąga również turystów oddalonym o ok 70 km solniskiem Salinas Grandes. My docieramy tam busem płacąc 500ARS(42zł) za osobę. Trasa ciągnie się górskimi serpentynami na wysokość niemal dwa razy wyższą od tej w miasteczku. Samo solnisko jest o wiele mniejsze od boliwijskiego Salaru i z pewnością mniej spektakularne. Na miejscu spędzamy ok 1h i bawiąc się perspektywą pstrykanych mnóstwo zdjęć. Cała wycieczka trwa ok 4h. Po powrocie snujemy się w okolicach centralnego placu kosztując lokalne specjały Impanadas – nieco przypominające ogromnego płaskiego pieroga wypiekanego na grillu ciasto z serem i szynką 40ARS(3,30zł), oraz ciemne piwko Salta Negra 90ARS(7,50zł). Wchodzimy też na pobliski punkt widokowy – skałę skąd podziwiamy kolorowe otoczenie.
Wieczorem idziemy sprawdzić jak smakują argentyńskie steki. ? Musimy przyznać, że wybornie !!! Wybraliśmy wysoko ocenianą restaurację El Mesòl i zdecydowanie ją polecamy. Na tle argentyńskich cen, nie jest ona tania, jednak porównując z polskimi jest i tak o ok 30% taniej. Dla porównanie stek Lomo Argentina wielkości dłoni ok 500g kosztuje 500ARS(42zł).? Na przystawkę zamawiamy „salami degusto” z mięsa lamy i kozy. Dostajemy również wypiekaną na miejscu bagietkę z mrożoną pastą z marchwi. Natomiast do dania głównego czyli wspomnianych steków pieczone ziemniaki z rozmarynem oraz rucolę z ricottą. Obowiązkowo całość popijamy Malbekiem z lokalnej winiarni. Cały rachunek opiewa na kwotę 1940ARS(163zł).
Po wszystkim wytaczamy się z restauracji i turlamy w stronę hostelu.
Salta
Następnego dnia zmierzamy już w stronę dworca skąd kierujemy się miasta Salta. Nie ma bezpośredniego połączenia dlatego kupujemy bilet do pośredniej na trasie stolicy regionu Santiago de Jujuy za 135ARS(11zł).
Bilet docelowy kosztuje zaś 300ARS(25 zł).
Salta leży na popularnym backpackerskim szlaku “Gringo Trail”. Trasa ta biegnie z północy na południe Ameryki Południowej i dziś jest bardzo chętnie odwiedzana przez amatorów taniego podróżowania.
Miasto już od rogatek przypada nam do gustu. Niska zabudowa otoczona jest zielonymi górami, a na najbliżej położoną dociera kolejka górska teleferico. U jej podnóża znajduje się terminal autobusowy na którym wysiadamy i od razu kierujemy się w stronę zabytkowego centrum.
Im bliżej głównego skweru tym coraz szerzej otwieramy usta. Architektura powala nas na łopatki, a popularne stwierdzenie „kolonialna perła” jak najbardziej należy się temu miejscu. Odwiedzamy kościół symbol Salty – Iglesia San Francisco.
Postanowiliśmy poszukać noclegu w okolicach starówki, początkowo bez sukcesu mimo iż baza noclegowa jest tutaj spora. Tradycyjnie rozjaśnia nam umysł i pobudza do działania płynny chmiel. Chwilę później już z pełnym latynoamerykańskim luzem targujemy cenę pokoju. Planujemy zostać w Salcie 3 noce, oficjalna cena za prywatny pokój za noc to 1200ARS(103zł), my zbijamy do 700ARS(60zł) co jest naszym najlepszym wynikiem w Argentynie. Pokój ma całkiem szybkie łącze i ciepłą wodę. Na skromnym śniadaniu będącym w cenie pokoju spotykamy tylko dwie starsze Panie. Daje się odczuć, że jesteśmy po za sezonem.
Popołudnie i wieczór spędzamy na głównym skwerze miasta. Wreszcie decydujemy się na polecaną przez wszystkich argentyńską pizzę.
W restauracji New Time zamawiamy zatem flagową ofertę lokalu o nazwie new time grande – pizza mix – 4 kompozycje smakowe. Charakterystyczny jest brak sosu pomidorowego, grubsze ciasto i bardzo duża ilość mozzarelli. Musimy przyznać, że jest ona całkiem smaczna. Cena 335ARS(28zł).
Na zajutrz udajemy się na wspomnianą kolejkę górską teleferico. Wjazd na górę Cerro San Bernardo kolejką linową nie jest tani 400ARS(34zł) jednak warto się tam udać choćby ze względu na panoramę miasta. Na gorze można wypić piwko, poćwiczyć na siłowni lub pokontenplować w zacisznym miejscu?.
U podnóża góry znajduje się San Martín Park popularne miejsce na niedzielne spacery.
Wypijamy tu piwko i zagryzamy bułką z szarpanym kurczakiem.
Po południu oddajemy też pranie do pralni Lav-Rap za cenę 200ARS(17zł).
Wieczorem meldujemy się w restauracji El Charrúa Caseres specjalizującej się w daniach z grilla. Jako mięsożercy zamawiamy pół krowy – danie o nazwie Mix 3 cortes premium w skład, którego wchodzą Asado de tira( żeberka), bife de chorizo mediano(stek) oraz medallón de lomo(filet z polędwicy). Mięsa podane są na skwierczącym ruszcie i na oko ważą ok 1,5kg. ? Kelner przy pomocy dwóch łyżek dzieli polędwice na dwie części, a mięso mimo iż wysmażone jest w stopniu „at point” rozpływa się w ustach. Wołowinę obowiązkowo popijamy Malbekiem Cafayate. Rachunek opiewa na sumę 1600ARS(135zł).
Twierdzimy zgodnie, że to bardzo dobrze wydane pieniądze.
Salta słynie również z tzw. Tren a las Nubes – pociągu w chmurach, na który jednak nie udało nam się zdobyć biletów. Całodzienna wycieczka jest dosyć droga bo kosztuje ok 300 zł. ponoć warta swojej ceny. Trasa prowadzi dookoła regionu a w najwyższym miejscu osiąga wysokość 4400m n.p.m.
Ostatni dzień spędzamy na chłonięciu atmosfery miasta. Spacerem dochodzimy do Monumentu Generała Martín Miguel de Güemes następnie kierujemy się na południe miasta w okolice starówki, gdzie trafiamy na pyszne jedzenie w lokalnej restauracji La Rosadita. Zamawiamy Tartas z szynką, jajkiem i serem będącą daniem dnia oraz kotlet neapolitana (cieńki schabowy) z szynką i mozarellą wielkości talerza. Tradycyjnie już przed posiłkiem dostajemy bagietki z „Mayonesa de apio” czyli pastą majonezową w tym przypadku z selerem. Do picia zamawiamy oczywiście litrową Saltę. Cały rachunek opiewa na 465ARS(39zł).
Dalej kierujemy się na dobrze nam znany centralny plac miasta „Plaza 9 de Julio” bowiem obowiązkowo musimy jeszcze spróbować lodów o smaku dolce de leche – będącego narodowym smakołykiem.
Przechadzając się uliczkami rzucają się w oczy kolejki ludzi do bankomatów, na co oczywiście wpływ ma osłabianie się argentyńskiej waluty. Drugi zaskakujący i charakterystyczny widok to ilość tłustych, dużych, bezpańskich psów. Nie wadzą nikomu, leżą pod ławkami na głównych skwerach oraz placach zabaw, obszczekują samochody, a niekiedy zaglądają do sklepów. Taka symbioza ludzi i czworonogów jest niespotykana w innych rejonach świata. Ludzie tu ciagle coś przegryzają, więc i psy mają się tu dobrze. Dzieciaki je głaszczą i nikt nie widzi problemu by puścić swojego pupila wolno. Psi Eden ?.
Buenos Aires
Wczesnym rankiem opuszczamy taksówką Saltę i jedziemy na oddalone o10km podmiejskie Aeropuerto 250ARS(21zł).
Wsiadamy do McDonnell Douglas MD83 lini ANDES LINEAS AEREAS i lecimy na stołeczne lotnisko AEP-Jorge Newbery Airport. Podróż zajmuje ok 2h.
Wita nas zachmurzone niebo, szkoda. Nie załamujemy się jednak. Wiedzieliśmy, że pory roku są odwrócone względem naszych w tej części świata dlatego pod ręką są polary.
W automacie na lotnisku rezerwujemy przejazd taxi. Cena za kurs do hotelu ok 250ARS. Z początku Buenos Aires wydaje się szare, brudne i biedne(kierowca skrócił trasę jadąc przez fawele). Jednak im bliżej dzielnicy Sam Telmo w której ulokowany jest nasz hotel Curio Collection tym mniej bolą oczy. W hotelu zostawiamy plecaki i ruszamy na południe w stronę dzielnicy La Boca. Po drodze podołamy się w sieciówce Kentucky oferującą… pizzę ?.
Kierując się na stadion Boca Juniors w parku Lezama spotykamy zielone papugi. Widok niecodzienny i chyba tylko z Sydney pamiętamy taki obrazek. Im bliżej La Bombonery(stadionu) tym bardziej mamy ochotę pójść na mecz piłkarski. Argentyna żyje piłką nożną, a w tym miejscu czuć to chyba najbardziej. Murale, sklepy z pamiątkami piłkarskimi, knajpy oraz ludzie z okolicy wszystko jest w dwóch kolorach żółtym i niebieskim.
Aby wejść na najsłynniejszy stadion piłkarski w kraju musimy wykupić pakiet ze zwiedzaniem muzeum. Bilet wstępu kosztuje 380AR$(32zł). Muzeum bardzo podobne do tego, które widzieliśmy na Maracanie w Rio. Puchary, koszulki, zdjęcia i wszędobylskie ekrany w których pokazywane są gole i najważniejsze momenty w historii klubu.
Sam stadion raczej nas rozczarował i nie specjalnie przypada nam do gustu. Zdajemy sobie sprawę iż budowano go kilkadziesiąt lat temu jednak układ, a raczej kształt trybun pozostawia wiele do życzenia. Z pewnością dzięki stromym trybunom akustyka podczas meczu wywołuje ciarki, ale niestety nie możemy tego sprawdzić. Na koniec korzystamy z uchylonej nieco bramy i wbijamy się na najwyżej położony sektor.
Ze stadionu idziemy w stronę najsłynniejszej ulicy w Buenos, kolorowej Caminito. Po drodze mijamy kilkadziesiąt sklepów z pamiątkami. Po cenach łatwo się zorientować, że jesteśmy coraz bliżej celu. Na miejscu zaskakuje nas wszędobylska komercja. Masa przebierańców, są tancerze tango, jest Maradona, są i psy w jeansach i kapeluszach pozujących do zdjęć. Mimo iż nie ma tłumów to jednak jesteśmy w stanie sobie wyobrazić jak wyglada to miejsce w sezonie. Pomalowane budynki, a w wielu przypadkach rudery są bardzo fotogeniczne i z pewnością idealną scenerią dla instagramowych influenserów.
Nie zabawiamy tu jednak zbyt długo, 30 minut to zdecydowanie wystaczającą ilość czasu. Z buta idziemy na stację metra San Juan skąd przemieszczamy się do dzielnicy Recoleta. Bilet na przejazd metrem kosztuje 19AR$(1zł) i należy wykupić plastikowy karnet za 90ARS(8zł), który doładowuje się w automacie bądź okienku. Co ciekawe można zakończyć przejazd na debecie i przy kolejnym zasileniu karty zostaniemy obciążeni wyjeżdżoną kwotą.
W Recolecie odwiedzamy niesamowitą księgarnie – El Ateneo Grand Splendid znajdującą się w dawnym budynku opery. Na 3 poziomach znajdziemy imponującą ilość tytułów, a na dawnej scenie możemy napić się kawy?.
Idąc dalej na północ mijamy policyjną akcję i widząc dwóch leżących skutych młokosów przypominamy sobie, że Buenos najbezpieczniejszym miastem nie jest. Na szczęście nie przekonaliśmy się o tym na własnej skórze i gdybyśmy mieli wyrazić swoją opinie na temat bezpieczeństwa z pewnością zachęcalibyśmy do przyjazdu tutaj.
Docieramy na Cmentarz Recoleta, gdzie spoczywa Ewa Peron słynna Evita ???. Na uwagę zasługuje tu również ogromne drzewo znajdujące się w parku przy wejściu na cmentarz. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy tak ogromnego pnia. Niestety nie wiemy jaka to odmiana, jednak każdy kto odwiedzi to miejsce zrozumie o czym piszemy. Dzień dobiega końca i zostały nam jeszcze zaplanowane do odwiedzenia dwa miejsca. Najpierw kierujemy się pod Obelisk i porośnięte roślinami litery BA, później pod pałac prezydencki i reprezentacyjny płac Plaza de Mayo. Wypijamy tutaj winko i kierujemy się w stronę naszej dzielnicy. Po drodze testujemy jeszcze Chorizo Pan – kiełbasę z grilla w bułce, pycha !
Następnego dnia, bierzemy taksówkę i mkniemy na lotnisko skąd ponownie McDonnell Douglas MD83 lini ANDES LINEAS AEREAS lecimy nad wodospady Iguazu.

Wodospady Iguazu
Ładujemy na lotnisku IGU i Uderza w nas gorąc i wilgoć w jednym, czuć zapach dżungli, słychać śpiew ptaków, insekty brzęczą do ucha, ekstra!
Niestety w terminalu napotykamy problem a nie możemy znaleźć taniej opcji dostania się do Parku Narodowego Iguazu. Jedyna opcja dotarcia do celu to wzięcie za 700AR$ taksówki. Istnieje możliwość wzięcia autobusu do miasta i powrotu do nieopodal położonego od lotniska parku jednak w tej opcji stracilibyśmy mnóstwo w tej chwili cennego czasu, a oszczędność byłaby znikoma. Decydujemy się przepłacić i mkniemy do Parku.
Za wstęp do tego niewatpiliwiego cudu natury płacimy 700AR$ od osoby. W cenie mamy transfery kolejką jadąca od stacji EstaçaoCataratas do stacji Estaçao Garganta. Po drodze możemy wysiąść na stacji Tres Marias i wybrać się na jeden z dwóch pieszych szlaków (Interior oraz Superior). Z braku czasu wybieramy jeden ten krótszy Interior. Tablica informacyjna mówi, że potrzebujemy na jego pokonanie 90 minut(pokonujemy go w 45). Trochę w biegu jednak przy najważniejszych punktach widokowych zwanych Mirador cykamy fotki. Czujemy niedosyt wiec mkniemy ostatnią kolejką na punkt widokowy Garganta do Diabo. Tam chcemy poczuć w pełni sile natury oraz atmosferę tego miejsca.
Warto w tym miejscu wspomnieć o ostronosach, które prezentują swój bezczelny charakter na stacji Tres Marias. Okazuje się, że te słodkie zwierzątka z rodziny szopowatych zamiast wsadzać swoje długie nosy w ziemię wolą wsadzać je w nie swoje sprawy. Stajemy się świadkami gdy nieodpowiedzialny człowiek niosący w reklamówce jedzenie traci ja niczym barwy wrogiego klubu na stadionie i ze zdziwieniem w oczach próbuje później żartować z tej sytuacji. Takich Złodziejaszków jest tu całkiem liczna grupa i głupotą jest posilanie się przy nich. Wystarczy chwila nieuwagi i reklamówki idą w las.
Wracając do punktu widokowego Diabo, od stacji kolejki prowadzi do niego drewniana kładka. Idzie się nad powierzchnią wody niemal jak na molo tylko, że przez 1100m. Teren co chwilę jest zalesiony co daje uczucie bycia w dżungli. Na końcu trasy czeka na nas upragniony cel wspaniały taras widokowy.
Tu pierwszy raz zostajemy całkowicie zamoczeni przez wodospad. Pogoda jednak jest na tyle łaskawa, że po 10 minutach jesteśmy już susi.
Przez największą z kilkuset znajdujących się tutaj kaskad przebiega granica pomiędzy Argentyną i Brazylią.
Podobno, aby dozować emocje powinnismy najpierw obejrzeć wodospady od strony kraju Canrinhos, być może. Prawda jest taka, że każdy choć raz w życiu powinien się tu wybrać. Dla nas wielki plus tej wyprawy!
Wracamy o 17.30 ostatnią kolejka do bram parku. Odbieramy plecaki ze skrytki 250ARS(22zł) i jedziemy do przygranicznego Puerto de Igualazu. Tu wydajemy ostatnie pesos i decydujemy się na transfer za granicę do brazylijskiego Foz de Iguazu, gdzie możemy opłacić punktami noclegi w hotelu Ibis. Autobus jedzie niespełna pol h i kosztuje 70AR$(5,5zł). Na granicy należy jedynie przypilnować, aby otrzymać pieczątki wjazdowe do Brazylii, aby uniknąć ewentualnych pytań przy opuszczaniu tego kraju.


















































































































