Do La Paz – najwyżej położonej stolicy świata docieramy w środku nocy. Od wylotu z Europy obawialiśmy się kiepskiego samopoczucia po przylocie na lotnisko El Alto (4000m.n.p m.) jednak póki co nic nam nie doskwiera. Czyżby to ekscytacja nowym miejscem? A może efekt przypisanych tabletek na chorobę wysokościową? W każdym razie pół godziny później uśmiechnięci i pełni entuzjazmu kładziemy się do hotelowych łóżek.
Budzimy się chwilę po 8.00, a w naszej ciemnej komnacie (bez okien i łazienki) ciężko określić porę dnia. Zimny więc szybki prysznic we wspólnej łazience i śniadanko popijane herbatą z liści koki ma nam dostarczyć sił na całodzienne zwiedzanie. Zaczynamy od Doliny Księżycowej czyli Valle de la Luna. Ciekawe miejsce zwłaszcza na popołudniowy spacer z rodziną. Skały piaskowe przybierają tu różne formy przez co można do woli pobawić się fotografią. Z oddalonego o kilka kilometrów parku wracamy do stacji centralnej, gdzie znajduje się węzeł komunikacyjny kolejek górskich – Mi teleferico. Przed podniebną podróżą posilamy się kanapką ze smażonym chorizo za 2 zł! Potem pomarańczową linią docieramy w „okolicę” punktu widokowego Mirador Killi Killi.
Panorama miasta robi niesamowite wrażenie!!! Widać stąd drugą co do wielkości górę Boliwii – Illimani 6.438m n.p.m. oraz najwyżej położony stadion piłkarski na świecie.
Następnie idziemy na plac Murillo, na którym znajdują się najważniejsze budynki stolicy m.in. Katedra Metropolitalna, Izba kongresu oraz biura władz lokalnych. Spędzamy tu dłuższą chwilę fotografując gołębie karmione przez boliwijskie dzieciaki i przy tym odpoczywamy. Po zebraniu sił kierujemy się na ulicę Jaèn i Targ Czarownic. W tym miejscu można kupić mydło i powidło w okultystycznym – boliwijskim wydaniu. Zioła, amulety, naszyjniki z czosnkiem lub płody lam to tylko niektóre produkty. Te ostatnie tradycyjnie zakopuje się w fundamentach budowanych domów ?. Mroczna atmosfera i nam się udziela przez co postanawiamy kupić coś niecodziennego…decydujemy się na koko landrynki ?. Na koniec dnia udajemy się na plac San Francisco. Gromadzą się tu niezliczone tłumy Boliwijczyków, a czas umilają im różnorodne występy. Tutaj jetlag i choroba wysokościowa dają nam się już mocno we znaki. Bez przerwy ziewamy, a nogi odmawiają posłuszeństwa. Swoją drogą dziwne uczucie, gdy twoje samopoczucie balansuje pomiędzy tym dobrym i złym w zależności od wysokości na której się znajdujesz.
Dla poratować zdrowia szybciutko zamawiamy tradycyjne zupy czyli Chairo Paceno (gęsty barani rosół z ziemniakami) oraz Sopa de Mani (zupa z orzeszków ziemnych z makaronem i warzywami). Obie aromatyczne i smaczne.
Wracamy do hotelu konkretnie zmęczeni, mieliśmy dzień spędzić na powolnej aklimatyzacji, a wyszło jak zawsze 15 km pieszo oraz 126 pokonanych pięter?.
Zjechaliśmy na rowerach „Drogą Śmierci”
Już w Polsce zdecydowaliśmy, że musimy zjechać na rowerach owianą złą sławą, najniebezpieczniejszą drogą na świecie.
Zdecydowaliśmy się na wysoko oceniane, stołeczne biuro Altitude Biking. Całodzienna wycieczka to koszt 57$ pax, a w cenie zawarty jest transport, wyżywienie, przewodnicy jak również relaks przy basenie kończący dzień pełen wrażeń oraz pamiątkowa koszulka ?.
Cały zjazd, bo tutaj nikt o zdrowych zmysłach nie próbuje robić podjazdów zaczyna się na wysokości 4670m n.p.m.
Na początek zakładamy kombinezony, ochraniacze i kaski. Rowery na pierwszy rzut oka wydają się wysłużone, ale na szczęście najważniejsze podzespoły jak hamulce i amortyzatory są w idealnej kondycji. Widać, że bezpieczeństwo stawiane jest tutaj na pierwszym miejscu. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, bowiem w całej historii zjazdów rowerowych zginęło tu bowiem 20 turystów.
Przed startem obowiązkowo przewodnik inicjuje modlitwę do Pachamamy o pomyślność podczas zjazdu, a także przeprowadza rytuał pokrapiania sprzętu i gardeł spirytusem ?.
Początkowe dwa etapy trasy prowadzą nowo wybudowaną autostradą, pierwszy służy przetestowaniu rowerów, drugi to etap w którym czujemy pierwszy dreszczyk emocji, miejscami mkniemy bowiem 70 km/h. Dodatkowo co chwilę mijamy kilkusetmetrowe przepaście oraz pomniki ku czci zmarłych tu ludzi, które budzą w nas niemały respekt.
Następnie zaczyna się droga w górę i to jedyny etap 70 km trasy, który pokonujemy w busie.
15 km dalej zaczyna się prawdziwa „Droga Śmierci”. Na zwanej tutaj Yungas Road, do momentu wybudowania sąsiadującej z nią autostrady, rocznie życie traciło nawet 300 osób.
Na szczęście ruch ciężarówek został całkowicie zakazany i poza kilkoma osobówkami i busami towarzyszącymi nam na trasie spotykamy tylko żądnych adrenaliny rowerzystów.
Droga miejscami zwęża się do 3m, Bóg wie jak mijały się tu ciężarówki ?.
Początkowo mokre kamienie nie pozwalają na rozwijanie prędkości jednak z czasem, gdy niebo się przejaśnia i szuter robi się suchy, każdy uczestnik wyprawy daje z siebie wszystko. Ręce mrowieją, ciężko jest też złapać ostrość widzenia przy takiej prędkości, co rusz najeżdżany na ostre kamienie. Aga jako pierwsza z grupy łapie laczka jednak wszyscy są na to przygotowani,a nasi opiekunowie radzą sobie z problemem w 5 minut. Bywają też niegroźne kraksy, zwykle przez nieumiejętne hamowanie przednim hamulcem.
Sama trasa jest przepiękna, widoki zapierają dech w piersiach, przejeżdżamy pod wodospadami, przez rzeczne potoki, kręcimy na ostrych zakrętach, jest ogień !
Kończymy zjazd w miasteczku 3500m poniżej linii startu. U góry przywitała nas szadź, a na finiszu pożegnała temperatura ok 30 st.
Na koniec bierzemy prysznic, jemy lunch i w pełni dumni wracamy do La Paz.
W kierunku południa
Docieramy na główny dworzec autobusowy o godz. 20.10 plan jest prosty – kupić bilet na autobus do oddalonego o 730 km Uyuni. W pierwszym okienku dowiadujemy się, że w autobusie o 22.00 nie ma już wolnych miejsc. Lipa, bo nie ma już innego. Podchodzimy jeszcze do okienka z szyldem „Uyuni 20.00”. Okazuje się, że autobus jeszcze nie odjechał. Kupujemy 2 ostatnie bilety po 100BOB każdy(57 zł).
Autobus okazuje się sypialnym z szerokimi rozkładającymi się do pozycji horyzontalnej siedzeniami, taka namiastka biznes klasy. W standardzie jest też koc. Podróż zajmuje nam ok. 10 h.
Uyuni
Mieliśmy obawy czy uda nam się zorganizować wyjazd do słynnego jeziora solnego oraz barwnego południa Boliwii tego samego dnia. Na szczęście zupełnie bez sensu, gdyż po wyjściu z autobusu i przejściu 4 kroków, mieliśmy obok siebie dwóch naganiaczy?.
A zatem wszystko się idealnie układa. Decydujemy się pójść do biura jednego z tour operatorów omówić szczegóły 3 dniowej wycieczki. Tradycyjnie mówimy, że Polska nie jest taka bogata jak Niemcy czy USA i negocjujemy najkorzystniejszą cenę. Wytargowane 600BOB (335 zł) pax okazuje się najlepszą z tych płaconych przez naszych towarzyszy podróży.
Biorąc pod uwagę fakt, że to opcja full z wyżywieniem, noclegami i transportem cena jest bardzo dobra. Po załatwieniu niezbędnych formalności w oczekiwaniu na godzinę wyjazdu idziemy na mate coca do kawiarni czynnej od 4:00 rano. Oferuje ona śniadania, wi-fi i rzecz jasna jest pełna turystów, którzy muszą zagospodarować swój czas od przyjazdu autobusu (zazwyczaj ok 6) do momentu wyjazdu w interior.
Salar de Uyuni
Pierwszym miejscem, które odwiedzamy jest cmentarzysko pociągów. Dawniej odpowiedzialne one były za transport soli do Chile, jednak po wojnie pacyficznej osiadły na pustyni na stałe i dziś podsypuje je piach.
Położony na wysokości 3653m n.p.m Salar to największe tego typu miejsce na świecie. Jest to pozostałość po jeziorze solnym, a jego obszar zajmuje 10 582 km kwadratowe. Niemal plaski jak stół bilardowy obszar (40 cm różnicy poziomów) pokryty jest skorupą solankową pod która znajdują się największe na świecie pokłady litu. Samej soli wydobywa się tu rocznie 20 tys. ton.
Bialy solar odbija promienie słoneczne niczym śnieg w wysokich partiach górskich więc konieczny jest krem z mocnym filtrem, okulary przeciwsłoneczne, a także nakrycie głowy. Niestety okazuje się to niewystarczające i wieczorem czujemy pierwsze oznaki ślepoty śnieżnej ?☠️❄️
To miejsce to także raj dla fotografów, po pierwsze można do woli bawić się perspektywą, a po drugie można uzyskać tzw. efekt „White out” czyli rozmycie horyzontu do stopnia, w którym ciężko znaleźć granicę pomiędzy niebem i choryzontem.
Pierwszy przystanek robimy na campingu po środku solniska. W miejscu upamiętniającym rajd Dakar z 2016r.
Kolejny na wyspie Incahuasi – porośniętej lasem kaktusowym. Osiągające miejscami kilka metrów kaktusy wraz błękitnym niebem i białym Salar tworzą niezapomnianą scenerię. Taką panoramę można podziwiać z 9 wysepek, jednak Incahuasi jest największą i zdecydowanie najłatwiej dostępną. Koszt wstępu to 30BOB(16zł).
Na koniec dnia udajemy się w malownicze miejsce, na skraju solniska, w którym mimo iż mamy porę suchą nadal znajduje się woda. Tu podziwiamy wyjątkowy zachód słońca, by po zmroku ruszyć dalej przez dzikie stepy. Zastanawia nas, jak kierowca w kompletnej ciemności, bez znaków i asfaltu znajduje odpowiednią drogę.
Południowy interior
Budzimy się w zupełnie innych okolicznościach przyrody i poranną kawę wypijamy pośrodku niczego. Kierujemy się na południe i w oddali podziwiamy aktywny wulkan Ollagüe 5869m n.p.m leżący na granicy z Chile. Krajobraz zdominowany jest przez wulkany i przypomina księżycowy, z przerwami na zapierające dech w piersiach laguny. Odwiedzamy kolejno Laguny Cañapa, Hedionda, Charcota, Honda,Przy jednej z nich zatrzymujemy się na posiłek???
Po drodze mijamy kamieniste wąwozy i spotykamy to, co ❤️ najbardziej czyli dzikie zwierzęta. Na naszej drodze pojawiają się liski andyjskie, flamingi, wikunie andyjskie (dzikie lamy), a także Wiskacze przypominające nieco szynszyle.
Kawałek dalej stoi Àrbol de Piedra czyli kamienne drzewo, które nam przypomina raczej grzyba?. Jednak krajobraz jest bardzo malowniczy, a wyrastające formacje skalne każdemu pobudzają wyobraźnie.
Na koniec docieramy do meritum laguny Colorada. Za wstęp do parku płacimy dużo bo 150 BOB(80zł). Jednak jak się później okazuje to będą dobrze wydane pieniądze.
Woda w tym miejscu przez mniej więcej godzinę dziennie zmienia swój kolor na brunatny. Na obrzeżach zbiornika gromadzi się boraks – minerał który służy m.in. do produkcji szkła. Całość dopełniają ośnieżone szczyty. Widok bezbłędny !
Zieloną noc wyprawy Land Cruiserem po południowej Boliwii spędzamy z naszymi towarzyszami. Pijemy wino i śmiejemy się do późnych godzin nie myśląc o tym, że śniadanie następnego ranka zapowiedziane jest na godzinę 4:30! W rozmowie dominuje football, ale nie ma się co dziwić. Przy stoliku siedzą bowiem fani obecnych mistrzów Europy, świata i eliminacji czyli my?.
Warunki panujące w tym schronisku raczej trudno sobie wyobrazić. Ostatecznie wychodzimy ze swojej strefy komfortu, bo pokój dzielimy z dwoma Francuzami z naszej ekipy, łazienka jest jedna na 6 dormitoriów (głównie 6-osobowych) z dwoma toaletami i jednym prysznicem (tylko zimna woda) i jest tuż obok jadalni?.Na zewnątrz temperatura po zmroku spada poniżej zera ( jesteśmy na wysokości ponad 4.500m n.p.m.), ogrzewania oczywiście nie ma. Na szczęście jest prąd?… przez 2 godziny dziennie. Nie ma sieci komórkowej, wi-fi, ale są 4 sklepy z alkoholem?. Zresztą na kąpiel jesteśmy gotowi dopiero po dwóch szklaneczkach wina??więc to wiele wyjaśnia. Dodajmy, że luksus w postaci ciepłego prysznica to wydatek 15BOB(8zł). Niestety nie możemy sobie na niego pozwolić, musielibyśmy wówczas zmienić konwencję naszych podróży z budżetowych na luksusowe.
Wieczór jest przemiły, niestety poranek już gorszy. Nasza ekipa na śniadaniu zjawia się punktualnie, w przeciwieństwie do kierowcy?Ach, te okropne korpoprzyzwyczajenia. Też przecież mogliśmy jeszcze słodko pospać, zamiast teraz czekać na niego.
Ostatni dzień w boliwijskim interiorze rozpoczynamy jeszcze w nocy, plan mamy taki aby wschód słońca obejrzeć w gorących źródłach. Po drodze zatrzymujemy się przy gejzerach Sol de Mañana, które przywodzą nam na myśl zeszłoroczny wypad na Islandię. Miejsce to na pewno zapamiętamy jako najwyżej położone miejsce na świecie, w którym postawiliśmy stopę (ok. 5100m n.p.m.). Dla porównania najwyższy szczyt Europy Mont Blanc mierzy 4810m n.p.m.
Do źródeł Termas de Polques docieramy w idealnym momencie, płacimy za wstęp 6BOB(3zł) i siup do wody. Jej temperatura wynosi 30 stopni, a powietrza -1. Chcemy w niej zostać jak najdłużej, jednak po kilkudziesięciu minutach ruszamy dalej. Mkniemy nadal na południe, tym razem do malowniczych gór Salvadora Dalego. W tym miejscu rozpoczyna się najwyżej położona na świecie pustynia – Atakama.
Dalej jest już tylko Chile, do którego podczas tej podróży nie planujemy jechać więc kierujemy się z powrotem do Uyuni. Czeka nas 7h jazdy z przerwą na podziwianie ostatniej na naszym szlaku Laguny – Negra. Prowadzi do niej wąski wąwóz, a ostatnie kilkaset metrów pokonujemy pieszo. Po 3 dniach wreszcie wyłania się zieleń. Gęste niewysokie porosty przecinają niewielkie strumyki.
Wracając do Uyuni zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w miasteczku San Cristobal, które słynie z 18 wiecznego kościoła zbudowanego z lokalnych materiałów m.in. Skór łamy, wody z kaktusów itp. Co ciekawie w 1999 r. przeniesiono go tu z odległego o 8 km miejsca.
W kierunku Argentyny
Kończyny wycieczkę ok 16.00, szczęście nadal nam sprzyja i godzinę później siedzimy już w autobusie do Tupizy-największego miasta na południu Boliwii. Bilet kosztuje 30BOB(17zł) a dystans 180km autobus pokonuje w 4 h ?.
Po przyjeździe poszukiwania noclegu zajmują niecałe 10 min. W autobusie uczymy się kilku zwrotów i najważniejszych wyrazów w j.hiszpanskim. Podstawy tego języka bardzo ułatwiają komunikację z miejscowymi, gdyż większość z nich nie wie co znaczy „thank you”.
Za nocleg w hostelu nieopodal dworca autobusowego płacimy 150BOB(80zł). Istnieje możliwość wybrania nieco tańszego pokoju jednak bez prywatnej łazienki. Po kilku dniach w zimnie i brudzie postanowiliśmy zaszaleć ?.
Hombree bebe mucho ! to znaczy „wczoraj popiłem i dzisiaj umieram”. Lekiem na kaca jest tu ostra zupa – Caldo consertrados. Wystarczy podejść do straganu z jedzeniem i wypowiedzieć wspomniane słowa, a Señora przygotuje nam pyszną miskę wywaru.
Tutaj na boliwijskim południu w mieście Tupiza je się inną zupę – kukurydzianą na bazie wywaru rybnego nazywaną Locro de zapallo. Próbujemy ją jak również inną potocznie nazywaną Patasca – kukurydzianej na bazie baraniny. Obie smakują wybornie i przypadają nam do gustu.
Następnie Idziemy na dworzec skąd za chwilę mamy odjechać do przygranicznego Villazõn – bilet kosztuje 15BOB(8zł). Przejazd trwa nieco ponad 2 godziny. Wysiadamy w centrum i spokojnym krokiem kierujemy się do granicy boliwijsko-argentyńskiej. Ostatnie bolivianosy dzielimy pomiędzy pucybuta, z którego korzystamy pierwszy raz w życiu 3BOB(1,80zł) oraz żebrzącą Panią. Kontrola graniczna trwa chwilę i meldujemy się w nowo odwiedzanym przez nas kraju. Tym samym kończymy pierwszy etap naszej południowoamerykańskiej podróży.




























































































































