Close

Paryż, Martynika i Gwadelupa 2019

Paryż

Tym razem postawiamy sprawdzić czy prawdziwe jest to, o czym ostatnio pisaliśmy. Czy rzeczywiście lecąc przez Atlantyk na karaibskie wyspy nie potrzebujemy paszportu?

Podczas tej krótkiej i intensywnej wyprawy odwiedzamy nie tylko dwie zamorskie posiadłości Francji, ale też jej stolicę.

Bonjour Paris! ??

Pierwszy raz razem odwiedzamy miasto zakochanych i jest fantastycznie, ale raczej mało romantycznie. Śniadanie w Carrefourze jest wyśmienite i składa się z tradycyjnych przysmaków czyli bagietki, sera i wina?. Potem ruszamy do niewątpliwie jednego z najważniejszych miejsc miasta – katedry Notre Dame. To jedna z najbardziej znanych bazylik na świecie. Jest sławna, nie tylko dzięki słynnemu dzwonnikowi z powieści Victora Hugo. To absolutny „top” atrakcji turystycznych i może to banał, ale jej wnętrze naprawdę zapiera dech w piersiach.

Uduchowieni kroczymy klimatycznymi uliczkami 7 dzielnicy i kosztujemy pierwsze specjały kuchni francuskiej, oczywiście w wersji budżetowej. Tym razem decydujemy się na makoroniki i …wino.

Niestety kontrola przed Wieżą Eiffla wyrzuca nam zakupiony przed momentem korkociąg. Strata okazuje się jeszcze większa, kiedy dowiadujemy się, że wieża z powodu strajku jest dziś zamknięta dla zwiedzających.

Następnie ruszamy w kierunku Łuku Triumfalnego na Placu De Gaulla, dalej Polami Elizejskimi docieramy do Luwru. Po drodze trafiamy w samo serce protestu „żółtych kamizelek”. Tu wita nas rozpylony przez gaz łzawiący, a tysiące protestujących ludzi uświadomiają nam z jakim lukrowany obrazem współczesnej Francji styka się przeciętny turysta przyjeżdżający do Paryża, smutne.

Jeszcze rzut okiem na statystyki, które informują nas, że pokonaliśmy dzisiaj pieszo 23 km a Paryż jest 32. odwiedzoną przez nas europejską stolicą. To był zdecydowanie dobry dzień!

Żegnamy się z Paryżem w deszczu i biedniejsi o telefon, ale ogólne wrażenia ze stolicy Francji są zdecydowanie pozytywne.

O 13:00 wsiadamy do samolotu zupełnie dla nas nowych linii lotniczych Corsair, które nie zostaną raczej naszymi ulubionymi. Mimo iż Boeing 747 wydaje się być całkiem nowy to serwis pokładowy i catering pozostawiają sporo do życzenia. Nie mamy co jednak narzekać w końcu kupiliśmy bilety w rewelacyjnej cenie. Niepokoi nas tylko liczba emerytów na pokładzie. Czyżbyśmy mieli trafić do karaibskiego Ciechocinka?

Martynika

Salut les Caraibes ! ?✈️

Równikowy wilgotny klimat i idealna temperatura ok. 28 st. zachęcają do aktywnego wypoczynku więc nie wylegujemy się na plaży.

Wybieramy się w głąb lasów tropikalnych, nurkujemy i odwiedzimy najdalsze i zarazem najpiękniejsze plaże. Martynika słynie też z pysznego rumu i na pewno wielokrotnie go zdegustujemy?

Podobno na miejscu jest baaardzo drogo więc nasz budżetowy styl podróżowania będzie wystawiony na ciężką próbę, ale nie mamy wątpliwości, że damy radę. Najwyżej będziemy czasem stawać przed trudnym dylematem: jeść albo pić?

Po 8h lotu, o godzinie 16:00 wita nas wilgotne i ciepłe karaibskie powietrze. Dookoła palmy i błękitne niebo. To już po mału tradycja, że ucieczką w ciepłe kraje skracamy ponurą polską zimę.

Po drodze do naszego lokum zahaczamy jeszcze o market, gdzie przekonujemy się, że przyjdzie nam się mierzyć z cenami rodem ze Skandynawii.

Nie marnujemy czasu i wcześnie rano startujemy na podbój Martyniki ??.

Zaczynamy od krótkiego i niezbyt wymagającego trekkingu Canal Des Escalves w Le Carbet. Nasze błędniki są wystawione jednak na sporą próbę, gdyż 90% trasy prowadzi 30 cm murkiem. Trudność polega na tym, iż po jednej stronie mamy rów z potokiem, a z drugiej kilkudziesięciometrowe przepaście?.Trasa jest bardzo malownicza wiec z czystym sumieniem ją polecamy. Potem szybka kąpiel na czarnej plaży na przedmieściach La Carbet, a stamtąd kierujemy się do miasteczka Saint Pierre, które w 1902 r. zostało okrutnie doświadczone wybuchem wulkanu. W jego wyniku zginęło niemal cała populacja ówczesnej stolicy czyli ok. 30 tys. ludzi. Ocalał tylko jeden człowiek, który osadzony był w więzieniu (oczywiście za niewinność).

Miasteczko ma sympatyczny, karaibski klimat, ale raczej nie polecamy go na dłużej niż jedno popołudnie.

Na koniec wyruszamy do ogrodu botanicznego Jardin de Balata, który wskazywany jest jako jedna z najciekawszych atrakcji wyspy. Jest uroczy, ale zaskakująco mały. Wstęp do niego kosztuje 14€ więc według nas to zdecydowanie za dużo. Niewątpliwe osobistym sukcesem dla nas jest możliwość podglądania kolibrów, których wcześniej nie udało nam się nigdzie indziej spotkać.

Niestety o 18:00 zapada tutaj zmrok więc oprócz zakupów na kolację nic więcej nie możemy już wykrzesać z tego dnia. Oczywiście kolację przygotowujemy sami (cena najtańszego dania w knajpie to ok. 15€) i popijamy ją lokalnym 50% Rhum JM?

Czujemy się w obowiązku wspomnieć o jednej sprawie. Właściwie przez większość dnia na wyspie czuć potworny swąd. Czasem przypomina to siarkowodór, który czuliśmy na Islandii, innym razem padlinę lub kanalizację.

Smród nas jednak nie zniechęcił i szczerze polubiliśmy tę cześć Karaibów.

Dzisiaj pierwsze kroki kierujemy na przynależącą do naszego ośrodka plażę. Okazuje się, ze to najlepszy kitesurfingowy spot na Martynice. Odkrywamy też, że wszędobylski wyspiarski smród bierze się z gnijących glonów morskich.

Służby robią co mogą, by się ich pozbyć, ale na niewiele to się zdaje.

Chwilę po 10.00 wyruszamy w kierunku głównej atrakcji dzisiejszego dnia – trekkingu w rezerwacie przyrodniczym Caravelle. Znajdujący się po wschodniej stronie wyspy park oferuje 2 piesze trasy. Na przejście krótszej potrzeba 1,5h, ta dłuższa, na którą decydujemy się my zajmuje ok 3,5h?. Pierwszą atrakcją na trasie jest latarnia morska (która de facto zawsze jest naszym punktem obowiązkowym, ale o tym przecież wiecie). Tutaj w pakiecie otrzymujemy jeszcze zapierający dech widok, który się stąd rozpościera. Pierwszy raz na tym wyjeździe zbieramy z podłogi szczęki. Spójrzcie na załączoną panoramę i wszystko będzie jasne?

Dalej maszerujemy wybrzeżem półwyspu pośród mangrowców i endenemicznej roślinności do wyschniętego jeziora Santien des Mares. Miejsce jest niesamowite, a żyjące w nim kolonie ???tworzą niesamowity efekt rozstępując się przed nami niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem.

W otulinie rezerwatu znajdziemy najbardziej trujące drzewa świata – Mancinelle⚡️☠️☠️których dotknięcie czy spożycie jakiejkolwiek z ich części może skończyć się śmiercią. Drzewa te odgrywają istotną rolę w ekosystemie. Ich gęste korony tworzą doskonałą ochronę przed wiatrem, pomagając w spowalnianiu erozji wybrzeży Ameryki Środkowej wiec ich wycinanie kompletnie mija się z sensem.

Drzewa te oznaczane są czerwonym paskiem na pniu, a ewentualne tabliczki informacyjne (spotkaliśmy tylko jedną) są opisane tylko w języku francuskim. Należy pamiętać, by pod żadnym pozorem ich nie dotykać. Ukrycie się pod ich koroną podczas deszczu też będzie kiepskim pomysłem, gdyż ściekające krople poparzą nam skórę. Przyznacie, że natura jest niesamowita!

Wspomniany trek kończymy przy ruinach Chateau Dubuc – 17 wiecznego miejsca nielegalnego handlu niewolnikami. W naszej opinii miejsce nie jest warte odwiedzenia ( zwłaszcza, że wstęp kosztuje 5€ ?).

Pozostałą cześć dnia spędzamy leniuchując na plaży Bourg de Tartane i pozwalamy sobie nawet na obiad w restauracji z widokiem na morze. Ta ekstrawagancja kosztuje nas 8€ za posiłek i jest to najtańsza opcja, jaką udało się nam znaleźć. Późnym popołudniem wracamy do bazy. Pakujemy się i opróżniany lodówkę, jutro przenosimy się na Guadelupę??.

Wstajemy wcześnie rano, pakujemy klunkry i ruszamy w kierunku Fort de France skąd lecimy na Gudelupę ??. Po drodze zaglądamy jeszcze na lokalny rynek i do pobliskiej destylarni ?. Swoją drogą jeśli macie ochotę spróbować najlepszego karaibskiego Rhumu J.M (zbieżność inicjałów zupełnie przypadkowa ?) to polecamy zakupy w poznańskim sklepie „Miler Spirits&Style” na

www.milerspirits.com

Wracając do trasy to czeka nas jeszcze przesiadka na Barbadosie??. Mieliśmy cichą nadzieję na nowe pieczątki w paszportach jednak nie udało nam się opuścić lotniska w Bridgetown. Mimo iż nie próbujemy lokalnych specjałów (kukułki czy latającej ryby) to i tak zjadamy jednego z najpyszniejszych kurczaków z grilla ever!

Na pytanie o wspomnianą latającą rybę, ekspedientka zaproponowała alternatywę w postaci… delfina ?. Zamawiamy również zupę fasolową, którą mieliśmy okazję spróbować kilka lat temu będąc na Kubie, a do obiadu wypijamy lokalne piwko Banks?. Obowiązującą tu walutą jest dolar barbadoski (1$ to ok. 2 zł) i ceny wydają się być bardziej przyjazne niż na Martynice, ale karaibskie smaki pozostają niezmienne. Dobrze przyprawione mięso/ryba + ryż z czerwoną fasolą. Z pewnością nie jest to region, który skradł nasze żołądki.

Niestety zabawiliśmy tu zbyt krótko więc Barbados nadal będzie nam się kojarzył tylko z Rihanną?.

Gwadelupa

Chwilę później siedzimy w niewielkim samolocie ATR 42-600 ✈️karaibskich linii lotniczych Liat i oglądamy zza szyby kolejne wyspy Antyli – Saint Lucię i Dominikę, by po około 45 minutach wyladować na Guadelupie.

Wyspa z samolotu wyglada bardzo podobnie do Martyniki. Jest zielona, górzysta i co niespotykane otoczona wodą ???. Z niecierpliwościa czekamy na to, czym jeszcze nas zaskoczy.

??⛰?????

Zakwaterowanie na Guadelupie nie jest bezproblemowe. Kilka prób kontaktu z gospodarzem pozostaje bez odpowiedzi i do samego końca nie jesteśmy pewni czy mamy gdzie spać?. Na szczęście z pomocą przychodzą przypadkowi ludzie. Nasz gospodarz jak większość tutejszych mieszkańców porozumiewa się tylko po francusku więc dzwoniąc do niego sami niewiele byśmy wskórali. Swoją drogą podstawy francuskiego to niepodważalny atut jeśli podróżujecie w te rejony.

Po kilku innych absurdalnych nieporozumieniach ostatecznie jednak otrzymujemy dach nad głową w wyjatkowej lokalizacji przy marinie, ale to jeden z niewielu pozytywów, które możemy o tym miejscu napisać. Nie przyjechaliśmy tu jednak po to, żeby siedzieć w pokoju ?

Naszym obowiązkiem jest tu zanurkować i dlatego z samego rana wyruszamy na przeciwległy kraniec wyspy. Na zachodnim wybrzeżu największej wyspy ?? – Basse Terre znajduje się bowiem rezerwat Jacques Cousteau – ikony nurkowania, jednego z największych odkrywców podwodnego świata.
Rezerwat morski Cousteau jest częścią Parku Narodowego GUADELOUPE. Aby się do niego dostać należy kierować się w okolicę plaży Malendure i wykupić pakiet nurkowy w jednym z tutejszych centrów nurkowych. My zdecydowaliśmy się na bardzo dobrze oceniane PPK, które polecamy. Cena dwukrotnego zejścia to 85€. I ta cena jest w naszej opinii całkiem przyzwoita. Zwłaszcza, że niecałe 2 miesiące wcześniej w dużo tańszej Tajlandii płaciliśmy niemal tyle samo. Niewątpliwie ciekawe są okoliczności w jakich rezerwat został ochrzczony nazwiskiem Coustoue. Legenda głosi, że pod koniec 1959 roku, grupa badaczy dowodzona przez kapitana Jacquesa Cousteau testowała po zawietrznej stronie Gwadelupy łódź głębinową Calypso (którą de facto ustanowiono ówczesny rekord zanużenia – 400m) i w okolicy Pigeon Island łodź badaczy musiała przycumować do brzegu na przymusowy serwis. Czekająca na naprawę grupa naukowców zanurkowała w okolicy wyspy Pigeon i uznała to miejsce za wyjątkowo piękne. Mimo, iż nazwę”Cousteau Reserve” nadano dopiero w 1974 r. to była ona powszechnie używana już od momentu zacumowania tu łodzi J. Cousteau.Z kilkunastu znajdujących się tu nurkowisk najsłynniejszym jest Jardin de corail.
Dzięki bogatej faunie i florze, miejsce to z powodzeniem może rywalizować z najpiękniejszymi miejscami na planecie. Jest bogate w gąbki, gorgonie i rafę koralową oraz zapewnia niezapomniane spotkania z setkami gatunków tropikalnych ryb, żółwi, raków, węgorzy, koników morskich, langust itp.
W hołdzie za zasługi na głębokości 12m umieszczone zostało tu również popiersie z brązu Jacquesa Cousteau. ?Musimy też wspomnieć o trzech świetnie zachowanych wrakach znajdujących się w otulinie rezerwatu: The Gustavia, The Franjack oraz The Augustin Fresnel II. Ostrzyliśmy sobie zęby zwłaszcza by zobaczyć ten ostatni, który niegdyś pełnił rolę statku-latarnii. Wraki te zatopione są dosć głęboko (30-50m) i niestety brak doświadczenia oraz ukończonych kursów nas w tym temacie zdyskredytował.
Niemniej zadowoliliśmy się w pełni tym, czym uraczyła nas natura.
Musimy przyznać, że po ostatecznym wynurzeniu próżno było szukać naszych szczęk pod maskami nurkowym, poopadały bowiem na dno z wrażenia?.

W drodze powrotnej do domu idziemy na przechadzkę po gęsto zarośniętej dżungli w Parku Narodowym Guadeloupe startując w Maison de la Forêt, a potem wcinamy placki z manioku – Cassave. Te przypominające nieco naleśniki wypieki serwowane są z czekoladą, cukrem trzcinowym, bananami czy konfiturą kokosową. Próbujemy tych ostatnich i musimy przyznać, że są wyborne.

Dzień kończymy z Freddim Marcury oglądając „Bohemian Rhapsody”??.

????

Dziś nietypowo, bo relacje zaczynamy od minionego wieczora.

Przeczesując naszą dzielnice w poszukiwaniu %%% docieramy na stację benzynową, na której spotykamy dwie kolorowo ubrane Panie. Dowiadujemy się, że w centrum Point a Pitre planowany jest karnawałowy przemarsz.

Oczywiście modyfikujemy plan i jedziemy w kierunku centralnego punktu miasta – Placu Zwycięstwa. Karnawał na wyspie trwa od 6.01 do 6.03, a imprezy rozlokowane są w kilku miastach.

W kolorowych korowodach idą przebierańcy, bębniarze i tamburyniarze.

Natomiast miejscowi chłopcy robią hałas strzelając ogromnymi biczami przypominającymi warkocze??. Kolorowe, egzotyczne stroje i pomalowane twarze to przemyślane akcenty do układów choreograficznych. Jesteśmy zachwyceni! Każda grupa ma swój pomysł na celebrowanie karnawałowej zabawy. Po zmierzchu zamykamy do naszej mariny.

Z kolei 3 ostatnie dni postanowiliśmy spędzić na mniej obleganej i zarazem jednej z najmniejszych wysp Guadelupy – Les Saintes. Dostać się tam można tylko promem z portu w Trois Rivieres. Rejs zajmuje ok 20 minut, a jego cena w obie strony wynosi 23€. W miasteczku zjadamy obiadek za 6€ (najtańszy, jaki do tej pory spotkaliśmy) i korzystamy z uroków czarnej plaży Grande Anse Beach.

Na łódce konkretnie buja i po kilku minutach lecą już pierwsze „??”??

Les Santies to w zbiór 9 wysepek z czego 2 są zamieszkałe – Terre de Haut i Terre de Bas. My decydujemy się na tę pierwszą i już od momentu przycumowania do portu wiemy, że wybraliśmy perfekcyjnie ?.

Na wyspie Terre de Haut czas płynie wolniej. Ludzie przechadzający się pomiędzy pastelowymi kreolskimi domami zwykle trafiają do głównego punktu miasteczka, którym jest port.

To tu znajdziemy kilka sklepów z pamiątkami, malowniczy drewniany kościół, a także dom-statek zwany „Le Bateau des Iles”, zaprojektowany przez najsłynniejszego gwadelupskiego architekta Adolpha Catan-Bourjaca. Niestety z nieznanych nam powodów dom jest kompletną ruiną, a z powodzeniem mógłby być jedną z tutejszych atrakcji?.

Na wyspie większość ludzi porusza się skuterami bądź „wózkami do golfa”. Można oczywiście takowe wypożyczyć w cenie 30/60€ za dzień + oczywiście kaucja 500/800 € ?. Nie jest to jednak konieczne, gdyż na przejście wyspy z jednego do drugiego jej końca potrzebujemy ok. godziny (no i też to dla nas – budżetowych podróżników zbyt drogi i niepotrzebny luksus).

Najwyższym punktem na wyspie jest góra Le Chameau, na którą rzecz jasna się wdrapujemy . Trasa z miasteczka do samego szczytu jest wyłożona płytami, ale i tak co jakiś czas nas przytyka i niezbędny jest odpoczynek. Widok na górze jest niesamowity. Z czystym sumieniem polecamy!!! Z północnej strony podziwiać możemy panoramę miasteczka, a z południowej sąsiednią wyspę Dominikę ( nie mylić z Dominikaną?).

Na wyspie znajdują trzy główne plaże, z których największa jest Plage de Pompierre. Powinna też być najbardziej popularna, ale …. jest cała w glonach więc świeci pustkami?.

Pozostałe dwie są zdecydowanie mniejsze i atrakcyjniejsze, ale wiedzą o tym już wszyscy, którzy tu przypłynęli więc ciężko znaleźć wolną przestrzeń.

☀️Obrzydzeniem napawa nas ten karaibski turkus i gorące, ponad 30 stopniowe powietrze?. Tęsknimy za nasza polską szarą aurą.

Właśnie 134. raz szczęśliwie wylądowaliśmy po kolejnej eskapadzie i tradycyjnie już przedstawiamy kosztorys liczony na jedną osobę (przy czwórce podróżujących). Z góry radzimy założyć, że ceny przelotów oraz noclegów będą minimum dwa razy wyższe, ponieważ my podczas przygotowywania tej podróży skorzystaliśmy z wielu mega promocji i zniżek?

* 4 loty liniami Corsair i Liat Paryż – Fort de France – Bridgetown – Point a Pitre – Paryż 238€

* dolot Berlin-Paryż-Berlin liniami easyJet – 60 €

* 2 noclegi w Paryżu 35€

* 3 noclegi na Martynice 35€

* 2 noclegi na Gwadelupie w Point a Pitre 15€

* 2 noclegi na Le Santies – 45 €

* samochód z Europcar na Martynice (Dacia Sandero) 30€ (650€ kaucji)

* samochód z Europcar na Gwadelupie (Peugeot208) 40€ (aż 800€ zablokowane na karcie kredytowej)

* paliwo ogółem 40€ (1.3€ za litr pb95)

Dodatkowo płaciliśmy za nurkowanie z PPK Plangèe w rezerwacie J.Cousteau 85 € za dwa podwodne zejścia. Na jedzenie i picie wydawaliśmy średnio 12 € dziennie x 9 – 108€.

Całość 3123 zł.

Całkiem sporo biorąc pod uwagę, że tyle samo wydaliśmy podczas trzykrotnie dłuższej podróży dookoła globu, ale z kolei znacznie mniej niż na Islandii. Bez dwóch zdań kierunek należy do drogich i był naszym ostatnim w tym roku z tego gatunku. Chyba.

Wracamy do Polski z mocnym postanowieniem, że do lata nie ruszymy bagietki?. Niestety zbyt wielu alternatyw tutaj nie ma, bo z naszym budżetem możemy pozwolić sobie ewentualnie na hot-doga z serem?. Pizza i rybki w restauracjach są poza naszym finansowym zasięgiem (z resztą jak większość rzeczy na wyspie) ?.

Radziliśmy sobie jednak świetnie i na obiad zaserwowaliśmy nawet makaron z kalmarami, choć przyznać musimy, że brakowało nam lokalnych targów z owocami morza.

W naszej subiektywnej skali Francuskie Antyle otrzymują 7 punktów. Bo jest drogo, brakuje karaibskiego klimatu, którego zakosztowaliśmy na Kubie, jedzenie też jest kiepskie. Pogoda z kolei idealna, poczucie bezpieczeństwa jest bardzo wysokie i nurkowisko nas zachwyciło. Zdecydowanie warto?

Do zobaczenia niebawem!